1,187 mln km BMW E39: niezaplanowana przydatność

Dziś mamy wpis z lubianej kategorii „aż odpadną koła”. Na niemieckim forum właścicieli BMW Kuba natknął się na wyjątkowo ciekawy temat i postanowił się podzielić jego najciekawszymi fragmentami, przekładając je na zrozumiały dla nas język, nie brzmiący jak seria z karabinu maszynowego:

Oto pan Bernd Böhme, który swoim BMW przejechał 1 187 000 km. Poznajcie jego historię.

Pan Bernd swoją przygodę z motoryzacją zaczynał od Wartburga 311. Później dosiadał m.in. Trabanta 601 S Universal oraz Moskwicza 2140. Ponieważ przez kilka ostatnich lat bezawaryjnie jeździł BMW E34 520i, postanowił pozostać przy marce i kupić nowszy model piątki. W lutym 2000 roku udał się do salonu BMW w Ingolstadt (dobry diss na Audi – mój przypis, złomnik) i wyjechał z niego fabrycznie nowym E39 530d Touring z automatyczną skrzynią biegów.
Pan Bernd jest kurierem i pokonuje bardzo duże odległości. Tygodniowe przebiegi wahają się między 2000 a 9000 km. Swoim autem podróżuje po całej Europie i bardzo je lubi ze względu na duży komfort w długich trasach. W 90% jeździ po autostradach i drogach dwujezdniowych. Swój styl jazdy określa jako bardzo spokojny i ekonomiczny. Zależy mu na niskim zużyciu paliwa i elementów samochodu. Mimo wszystko uważa, że jest szybki na drodze, co w pewnym sensie podchodzi pod założenia Eco drivingu. Pan Bernd z szacunkiem podchodzi do samochodu i uważa, że skoro zapłacił dużo za nowe BMW to chciałby, aby auto służyło mu jak najdłużej. Ponieważ BMW służy często jako miejsce noclegu, właściciel docenia to, że da się w nim w miarę wygodnie spać, dużo bardziej komfortowo niż w autach innych marek.
Właściciel zastanawiał się nad zmianą auta na nowszy model, jednak po rozmowach z użytkownikami kolejnej generacji BMW 5, uznał, że trwałość tych samochodów go nie zadowala. Skoro BMW E39 da się bezproblemowo naprawić i auto spełnia swoją rolę, trzeba nim jeździć – z takiego założenia wyszedł właściciel i pokonywał swoim BMW kolejne kilometry. Oczywiście, auto nie przejechało całego dystansu bezawaryjnie. Kilkukrotnie podróż musiała być przerwana ze względu na różne usterki. Mimo to trwałość niektórych podzespołów była zaskakująca. Niektóre wymiany:
- 168000 km – wymiana turbiny (druga dotrwała do końca)
- 655000 km – wymiana pompy paliwa
- 804000 km – wymiana automatycznej skrzyni biegów
- hamulce wytrzymały od 404000 km do 740000 km (przód) i 905000 km (tył)
- 458000 km, 934000 km – wymiana alternatora

Na przejechanie miliona kilometrów pan Bernd potrzebował 7 lat i 8 miesięcy. Z pewnością auto jeździłoby dalej, niestety, wracając z Hiszpanii, przy przebiegu 1 187 000 km, na oblodzonej drodze pan Bernd rozbił swoje BMW. Myli się ten, kto uważa, że to koniec życia 9-letniego wówczas samochodu. Polscy biznesmeni – Józef Cytrynowicz i Andrzej Gumowski – widząc w autohausie lekko uszkodzone E39 530d z przebiegiem 187000 km, wyczuli okazję, kupili auto, po naprawie i korekcie przebiegu na zostało sprzedane na Allegro. Nabył je koneser z Małkini, który jeździ nim do dziś wożąc w bagażniku maszynkę do produkcji waty cukrowej, którą sprzedaje na co sobotę na lokalnym targowisku (to już litentia poetyka – złomnik).

To powyżej pisał Kuba, a ja jeszcze dodam swój komentarz. Mam kuzyna, który jeździ E39 od prawie 11 lat, tzn. auto z 2000 r. kupił w 2002 r. z przebiegiem chyba 130 tys. km. I natychmiast zagazował, chociaż była to rzadka wersja 540i 4.4 V8 z manualną skrzynią biegów. Obecnie nikt nie wie już ile wynosi przebieg (wyświetlacze działają jak chcą), ale jest to całkiem dużo-set tysięcy km. Oprócz tego, że ogólnie żre go korozja, to całkowicie bezawaryjny samochód. I nie jest to jedyne E39, które znam, jakie nakręca setki kilometrów i wcale nie chce się zepsuć. Wygląda na to, że E-trzy-dziewięć to taki współczesny (no, nie przesadzajmy z tą współczesnością) Baleron. Oczywiście droższy w utrzymaniu, ale zarazem dużo dynamiczniejszy. Aż trudno uwierzyć, że projektując do tego auta nowoczesne silniki, z 3.0d na czele, nie wmontowano gdzieś zaplanowanej nieprzydatności. Chyba zapomnieli. Zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę następcę, czyli E60, który jest porąbany jak drewno na zimę. Czterokanałowa diagnostyka powoduje, że tak naprawdę nigdy nie wiadomo co mu dolega, chyba że masz super najnowszy, najlepszy superkomputer z ASO za sto milionów bilionów euro. W związku z tym profilaktycznie zazwyczaj wymienia się pół samochodu. A i tak nie osiąga nawet połowy tego przebiegu, co E39. Nie wspominając o najnowszym F10 – to podobno auto o awaryjności porównywalnej z Alfą 166 (A TU LINK). Oczywiście psuje się w nim głównie to, co jest niepotrzebne i mogłoby zostać usunięte bez straty dla użytkownika.
Osobną kwestią jest oczywiście to, że nie każdy jest panem Berndem, a właściwie większość nie jest (większość ma na imię Mohammad lub Mustafa), i wszyscy pałują, bo to BMW, więc trzeba pałować, żeby czuć radość z jazdy i smutek w serwisie, że znowu coś się urwało albo cieknie. Ale w takiej sytuacji zawsze można sprzedać do Polski z oryginalnym przebiegiem 187 tys. km i na pewno znajdzie jeszcze amatora na Allegro. Ja zawsze mówię, że byłbym w stanie przejechać 300 tys. km bezawaryjnie Samarą czy Aleko oraz zakatować nowiutkiego Balerona w pół roku. I niestety tak też jest z tymi „niezniszczalnymi” samochodami, które obrosły taką legendą, że w ogóle się nie psują. Rasowi strasznie uważają takie fury, ponieważ uznają za oczywistość, że skoro samochód jest niezniszczalny i się nie psuje, to zarazem oznacza to, że można go w ogóle nie naprawiać, nie wymieniać oleju ani niczego innego, no bo przecież jest bezawaryjny. A potem się wściekają i mówią – zobaczcie, to już nie to samo, ta niemiecka jakość się popsuła i w ogóle – nie zdając sobie sprawy, że samochód luksusowy marki np. BMW nie jest przeznaczony dla kogoś, kto jest np. stolarzem w fabryce mebli i naprawia go waląc w niego młotkiem stolarskim.

Gorsze jest jednak to, że jeśli do niedawna bycie panem Berndem, dbanie i chuchanie o auto powodowało, że można nim przejechać 1 187 000 km, to obecnie już nie ma to najmniejszego sensu, ponieważ awarie są zaplanowane bez względu na stopień dbałości. A zatem jeśli kupujecie nowe auto, to nie dbajcie o nie, bo wszystko co ma się zepsuć, jest ściśle zaprogramowane i żadne Wasze zabiegi tego nie zmienią. Pałujcie je ile wlezie i zmieńcie na nowe po trzech latach. Buy, use, discard. Albo jeździjcie starym autem, które macie, a być może okaże się, że zrobiliście wielką korporację w trąbę i zamiast zaplanowanej nieprzydatności wyszła, jak w przypadku pana Bernda, niezaplanowana przydatność.

Zdjęcia ukradłem z www.bmw-forum.de – jak typowy Polak

link